Kilka lat temu, dokładnie w 2023 roku, zacząłem ten wpis. Nie było mi jednak dane dokończyć go, ani opublikować. Właściwie już byłem w Belgii, bawiłem u przyjaciół, to miały być trzy dni wstępu do miesięcznego pobytu, zaraz potem miałem się przenieść do Antwerpii do Domu Tłumacza, ale... w kraju zmarły dwie bliskie mi osoby... jedna po drugiej. I musiałem wracać do Polski. Jeszcze miałem nadzieję, że może w drugiej połowie grudnia uda mi się dojechać do Antwerpii, ale nic się już nie składało. Teraz, kiedy znów jestem tutaj w mieście nad Skaldą i pracuję nad kolejnym przekładem, wróciłem do tamtego wpisu. To jakby podwójne wspomnienie: tamtego grudnia 2023 roku i mojego dzieciństwa. Dlaczego akurat takie - wyjaśni się niebawem w kolejnych wpisach.
Szukałem w internecie jakiegoś obrazu. I nagle, ni stąd ni zowąd, mignęła mi gdzieś ikonka książki z dzieciństwa. Książeczki właściwie, bo był to raczej rodzaj cienkiej broszurki o nieksiążkowym podłużnym kształcie, ale taka była cała seria "Poczytaj mi Mamo". Klikam i zalewa mnie fala dawnych uczuć zupełnie jakbym otworzył jakiś przepust wodny, co tam przepust - całą śluzę! Przez ułamek sekundy pamięć całego mojego ciała ożywa: Mały Afrykańczyk! Czytam na okładce nazwisko autorki: Ewa Szelburg-Zarębina, tak, kobieta o nazwisku niemal posągowym, bo tyle razy wybrzmiewało w moich uszach, kiedy byłem dzieckiem.
Autorka bardzo ciekawego bloga "Z bajką przez świat" umieściła zdjęcia wszystkich stron książeczki. Kartkuję więc. Strony lekko pogniecione. Fantastycznie! Wygląda to realnie i jest tak jakbym przewracał je własnymi dłońmi, małymi dłońmi dziecka. Nagle w głowie ożywają wspomnienia, głęboko zakodowane obrazy w jednej chwili są już na powierzchni.
To napisałem w 2023 roku, A potem, po kilku latach, pisząc autobiografię rodzinną powróciłem do tej lektury. Wspomnienie otrzymało teraz taki kształt:
"Kiedy byłem małym chłopcem, Afryka jeszcze nie kojarzyła mi się z niczym szczególnym. No prawie z niczym, bo bardzo mi się podobał radosny i rozbrykany Murzynek Bambo, choć „ten nasz koleżka” był jeszcze przecież przedwojenny. A może właśnie dlatego lekturowo się z nim zaprzyjaźniłem? I nic na to nie poradzę, że dziś przez to ciepłe wspomnienie słowo „Murzyn” nie kojarzy mi się źle, tak sformatował mnie już w wieku przedszkolnym Julian Tuwim, a potem jeszcze socjalistyczny internacjonalizm i solidarność z uciskanymi ludami Trzeciego Świata, że Murzyni i murzyńskość kojarzyła mi się dobrze, z solidarnością, uczuciem empatii i zaangażowania, choć nic nie wiedziałem ani o négritude, ani o black conciousness. Z wierszem o Bambo zetknąłem się już w domu, na stronie 151 wydanego w 1952 roku, a więc jeszcze przed moim urodzinami, Elementarza Mariana Falskiego, podłużny podręcznik miał luźne strony, pewnie dlatego, by ukryć ślad po wydartej kartce numer 138, na której, jak się potem dowiedziałam, widniał prezydent Bolesław Bierut, oficjalny, a potem długo utajniony patron Uniwersytetu Wrocławskiego. Ale mój Bambo nie był jedyną chłopięcą identyfikacją, pamiętam na przykład także Małego Afrykańczyka Ewy Szelburg-Zarembiny, który pochodził z 1953, niemal z tego samego roku co Falski i patron UWr. Bierut, ale ja musiałem go poznać dopiero w późniejszych wydaniach w serii „Poczytaj mi Mamo”: mojego Małego Afrykańczyka opublikowano 27 kwietnia 1959 roku, kiedy akurat skończyłem roczek, a Ministerstwo Oświaty ujęło go w planie centralnego zakupu książek do bibliotek szkół podstawowych i wydrukowało aż 150 000 egzemplarzy książeczki, więc dzięki temu gigantycznemu nakładowi ktoś u nas w domu kupił Małego Afrykańczyka. I kiedy już potrafiłem czytać byłem pod wrażeniem tego, jak krzyczał „afrykański biały dozorca na czarnego afrykańskiego chłopca”, który ociągał się przy zbiorze goździków. No i były jeszcze przepiękne ilustracje Zdzisława Witwickiego w książce Gizeli Vallerey Baśnie afrykańskie, przełożonej przez Jadwigę Dackiewicz specjalnie dla mnie, tak mi się przynajmniej wydawało, kiedy w wieku pięciu lat dostałem w prezencie tę moją pierwszą książkę w twardej oprawie, więc pewnie babcia musiała mi ją czytać."
Motyw afrykański w tym blogu nie ma bezpośredniego związku z moim pobytem w Belgii, w portowej Antwerpii, która była niegdyś otwarciem kraju na wyzysk Konga, ale skojarzeniowo - owszem. Raczej z tym, że tłumaczę właśnie książkę o niewolnictwie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz