sobota, 7 lutego 2026

Orzeł wylądował

Orzeł wylądował. Chyba jakoś tak. Na razie na frontonie jednej z kamienic na mojej ulicy. 



Ładny jest, kiedy go oświetla zimowe słońce. Napawa nadzieją, choć to nie łabędź... Ale przedwczoraj była typowa belgijska pogoda, którą my określamy mianem "słota": deszcz, choć niewielki, wiatr, niebo zasięgnięte chmurami, hydra chandry. A dziś? Proszę bardzo!  



Poszedłem więc do piekarni-cukierni Kleinblatta. Dla mnie kultowej. Ale znajomi z Literatuur Vlaanderen też znają słynne wypieki. Yannickna przykład rozpływał się nad sernikiem. Dla mnie natomiast zawsze był najważniejszy jabłecznik. A może szarlotka? 



Nie ma jabłecznika i nie ma szarlotki... 

Ekspedientka, chyba ta sama, co przed wielu laty, podtleniona blondynka, mówiąca po niderlandzku z dość przyciężkawym akcentem, pyta szefa. 

Nie, szef do mnie, że nie, nie będzie już, sezon się już skończył, pod koniec tygodnia będzie strudel. 

Biorę więc jakąś bułeczkę. Do kawy. I na dobry początek pobytu. Choć pamiętam ucztę sprzed lat - Kleinblatt!




No to jeszcze kilka fotek z drogi do Kleinblatta i z powrotem.















środa, 4 lutego 2026

Mały Afrykańczyk czyli jestem w Belgii

Kilka lat temu, dokładnie w 2023 roku, zacząłem ten wpis. Nie było mi jednak dane dokończyć go, ani opublikować. Właściwie już byłem w Belgii, bawiłem u przyjaciół, to miały być trzy dni wstępu do miesięcznego pobytu, zaraz potem miałem się przenieść do Antwerpii do Domu Tłumacza, ale... w kraju zmarły dwie bliskie mi osoby... jedna po drugiej. I musiałem wracać do Polski. Jeszcze miałem nadzieję, że może w drugiej połowie grudnia uda mi się dojechać do Antwerpii, ale nic się już nie składało. Teraz, kiedy znów jestem tutaj w mieście nad Skaldą i pracuję nad kolejnym przekładem, wróciłem do tamtego wpisu. To jakby podwójne wspomnienie: tamtego grudnia 2023 roku i  mojego dzieciństwa. Dlaczego akurat takie - wyjaśni się niebawem w kolejnych wpisach. 

Szukałem w internecie jakiegoś obrazu. I nagle, ni stąd ni zowąd, mignęła mi gdzieś ikonka książki z dzieciństwa. Książeczki właściwie, bo był to raczej rodzaj cienkiej broszurki o nieksiążkowym podłużnym kształcie, ale taka była cała seria "Poczytaj mi Mamo". Klikam i zalewa mnie fala dawnych uczuć zupełnie jakbym otworzył jakiś przepust wodny, co tam przepust - całą śluzę! Przez ułamek sekundy pamięć całego mojego ciała ożywa: Mały Afrykańczyk! Czytam na okładce nazwisko autorki: Ewa Szelburg-Zarębina, tak, kobieta o nazwisku niemal posągowym, bo tyle razy wybrzmiewało w moich uszach, kiedy byłem dzieckiem. 



Autorka bardzo ciekawego bloga "Z bajką przez świat" umieściła zdjęcia wszystkich stron książeczki. Kartkuję więc. Strony lekko pogniecione. Fantastycznie! Wygląda to realnie i jest tak jakbym przewracał je własnymi dłońmi, małymi dłońmi dziecka. Nagle w głowie ożywają wspomnienia, głęboko zakodowane obrazy w jednej chwili są już na powierzchni. 

To napisałem w 2023 roku, A potem, po kilku latach, pisząc autobiografię rodzinną powróciłem do tej lektury. Wspomnienie otrzymało teraz taki kształt:

"Kiedy byłem małym chłopcem, Afryka jeszcze nie kojarzyła mi się z niczym szczególnym. No prawie z niczym, bo bardzo mi się podobał radosny i rozbrykany Murzynek Bambo, choć „ten nasz koleżka” był jeszcze przecież przedwojenny. A może właśnie dlatego lekturowo się z nim zaprzyjaźniłem? I nic na to nie poradzę, że dziś przez to ciepłe wspomnienie słowo „Murzyn” nie kojarzy mi się źle, tak sformatował mnie już w wieku przedszkolnym Julian Tuwim, a potem jeszcze socjalistyczny internacjonalizm i solidarność z uciskanymi ludami Trzeciego Świata, że Murzyni i murzyńskość kojarzyła mi się dobrze, z solidarnością, uczuciem empatii i zaangażowania, choć nic nie wiedziałem ani o négritudeani o black conciousness. Z wierszem o Bambo zetknąłem się już w domu, na stronie 151 wydanego w 1952 roku, a więc jeszcze przed moim urodzinami, Elementarza Mariana Falskiego, podłużny podręcznik miał luźne strony, pewnie dlatego, by ukryć ślad po wydartej kartce numer 138, na której, jak się potem dowiedziałam, widniał prezydent Bolesław Bierut, oficjalny, a potem długo utajniony patron Uniwersytetu Wrocławskiego. Ale mój Bambo nie był jedyną chłopięcą identyfikacją, pamiętam na przykład także Małego Afrykańczyka Ewy Szelburg-Zarembiny, który pochodził z 1953, niemal z tego samego roku co Falski i patron UWr. Bierut, ale ja musiałem go poznać dopiero w późniejszych wydaniach w serii „Poczytaj mi Mamo”: mojego Małego Afrykańczyka opublikowano 27 kwietnia 1959 roku, kiedy akurat skończyłem roczek, a Ministerstwo Oświaty ujęło go w planie centralnego zakupu książek do bibliotek szkół podstawowych i wydrukowało aż 150 000 egzemplarzy książeczki, więc dzięki temu gigantycznemu nakładowi ktoś u nas w domu kupił Małego Afrykańczyka. I kiedy już potrafiłem czytać byłem pod wrażeniem tego, jak krzyczał „afrykański biały dozorca na czarnego afrykańskiego chłopca”, który ociągał się przy zbiorze goździków. No i były jeszcze przepiękne ilustracje Zdzisława Witwickiego w książce Gizeli Vallerey Baśnie afrykańskie, przełożonej przez Jadwigę Dackiewicz specjalnie dla mnie, tak mi się przynajmniej wydawało, kiedy w wieku pięciu lat dostałem w prezencie tę moją pierwszą książkę w twardej oprawie, więc pewnie babcia musiała mi ją czytać."


Baśnie afrykańskie G. Vallerey Książki dla dzieci (17448435298) | Allegro


Motyw afrykański w tym blogu nie ma bezpośredniego związku z moim pobytem w Belgii, w portowej Antwerpii, która była niegdyś otwarciem kraju na wyzysk Konga, ale skojarzeniowo - owszem. Raczej z tym, że tłumaczę właśnie książkę o niewolnictwie. 

sobota, 17 stycznia 2015

Kilka miesięcy później...

Życie pisze scenariusz. Polityka dopisuje pointę. Nazbyt często. W lipcu, podczas pobytu w Antwerpii, czytałem artykuł, że wielu tamtejszych Żydów nie czuje się bezpiecznie. Teraz, w styczniu 2015 roku, po zamachach w Paryżu i antyterrorystycznych akcjach w Walonii, rząd belgijski wysłał na antwerpskie ulice wojsko. Stoją także na 'moim' rogu. Tuż obok Domu Tłumacza. Nieopodal synagogi Eisenmanna. Cudownie przetrwała drugą wojnę światową. Powinna przetrwać także dwudziestopierwszowieczny pokój.


(fot. JHS - Nieuwsblad)


File:Eisenman 008.jpg

(fot. Debby Kahan - www)



(komandosi belgijscy strzegą dzielnicy żydowskiej w Antwerpii, fot. JHS - Nieuwsblad)

poniedziałek, 12 stycznia 2015

"Antwerpskie zapiski" w druku

Cały blog Antwerpia 2014, pisany podczas mojego pobytu w Domu Tłumacza (Vertalershuis) w Antwerpii, ukazał się niedawno drukiem. Pod tytułem Antwerpskie zapiski został zamieszczony w Pomostach: Dolnośląskim Roczniku Literackim (2014/XIX: str. 96-106), ukazujących się nakładem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddziału Wrocławskiego.



piątek, 1 sierpnia 2014

Antwerpia (29)

Po co do Antwerpii? Aby doładować akumulatory. I z powodu Miriam. Do pracy nad drugim wyborem jej poezji. Tylko taki wyjazd pozwala oderwać się od kolein codzienności i dorwać do przekładów. Podobno, według pisma Forbes, najłatwiej zachować równowagę między życiem prywatnym a pracą, jeśli jest się "analitykiem danych nieuporządkowanych". Otóż tłumacz literatury, poezji zaś w szczególności, to na pewno ktoś na kształt owego "analityka danych nieuporządkowanych", ale czy łatwo zachowuje równowagę? 


W 1992 roku opublikowałem pierwszą antologię wierszy Miriam Van hee pt. Komunikacja miejska. Kłodzka publikacja była nie tylko pierwszą polską, ale w ogóle pierwszą zagraniczną książką poetki. Zresztą tak samo było z wyborem wierszy innego flamandzkiego autora; kłodzki tomik Leonarda Nolensa Słowo jest uczciwym znalazcą z 1994 roku był jego pierwszą publikacją książkową za granicą. Wspominam o tym nie tylko z próżnej, późnej, ale i czystej satysfakcji tłumacza, lecz również z powodu koincydencji: w najnowszej książce Ook daar valt het licht (2013) Miriam poświęciła Leonardowi okolicznościowe "listy z północy". Oto fragment:


przykro mi, że tak długo nie pisałam
przecież mówiłeś, że powinnam chwycić się
słów, masz rację, czas jest abstrakcją


pomaga, jeśli przeciwstawi mu się coś
konkretnego, myje szklanki, pisuje listy, albo
podejmuje podróż


W ostatnich latach zwrócono się do mnie z krakowskiego Festiwalu Conrada (2011) oraz lubelskiego Festiwalu Czas Poetów (2012) o nowe przekłady Van hee. Wprawdzie Miriam podsyłała mi wiersze najnowsze, wtedy jeszcze nieopublikowane, i prosiła, bym je przekładał, ale ja podczas prac zauważyłem, że poetka, która od 1992 roku z dużą regularnością drukowała co kilka lat kolejne tomy poezji, zasłużyła na nową indywidualną antologię. W lipcu mój blog towarzyszył moim przekładom. Jako wprawka stylistyczna. Jako aktywny zbiór short short stories, drobiazgów prozatorskich, spostrzeżeń paralelnych do anegdot i puent w wierszach Miriam. Jako ostrzenie zmysłów. Sejsmograf pobytu w mieście nad Skaldą. Choć upubliczniane na blogu, było to jednak intymne dzielenie się z czytelnikami moim doświadczaniem miastach, ludzi, zapachów, obrazów... w tle była praca nad przekładami poezji.


Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili swój czas na czytanie moich tekstów i wzięli udział w wirtualnej podróży do Antwerpii. 




 

(siedziba Fundacji ds. Literatury, Fonds voor de Letteren, fot. J. Koch)

(fot. J. Koch)

(fot. J. Koch)

(fot. J. Koch)

(fot. J. Koch)

(fot. J. Koch)



środa, 30 lipca 2014

Antwerpia (28)

Odwiedziłem starych znajomych w Brasschaat. Znamy się jeszcze z 1991 roku, kiedy broniłem doktoratu w Lowanium. Byliśmy sąsiadami w Groot Begijnhof. Potem w latach dziewięćdziesiątych kontakt był sporadyczny. W końcu się urwał. Wyjechali do Anglii. Od jakiegoś czasu odnawiamy znajomość. Mieszkają w bogatej podantwerpskiej gminie. Wystarczy powiedzieć, że na ich ulicy mieszkają też Dreesmannowie (od V&D) oraz Boschowie (tak, z tych). Sobotę gadaliśmy o starych i nowych czasach, wieczorem słuchaliśmy pohukiwania sów w starych bukach, a nocą patrzyliśmy na spadające meteoryty. W niedzielę rano ruszyliśmy na wyprawę rowerową po okolicy. Ponad dwadzieścia kilometrów. Przez Kalmthout, gdzie jest muzeum postaci ze słynnego komiksu Suske en Wiske, aż do granicy z Holandią. Cały ten rejon na północ od Antwerpii, gdzie niegdyś za grosze biedacy kopali torf, zaczął się rozwijać, kiedy Holendrzy w połowie XIX wieku odstąpili od blokady belgijskiego portu. Zaczęli przybywać bogaci inwestorzy z Niemiec oraz Anglii. To dlatego w Brasschaat był pierwszy belgijski klub piłkarski, pierwszy klub golfowy, podobnie jak klub polo, istniejący zresztą po dziś dzień. Kiedy mijaliśmy umocnienia budowane przez Belgów przeciw Holendrom w XIX wieku, naszły mnie refleksje. Że się to na nic zdało, wszystkie te forty, przyczółki, wały. Bez sensu! Że z czasem tak bardzo zmienia się postrzeganie wroga. Na szczęście! Że na ogół niewielka elita definiowała kto tym razem będzie tym wrogiem. Nadal niestety! Z tą myślą patrzyłem też na maki na wale przeciwczołgowym - kolejnej militarnej budowli z kolejnej bezsensownej wojny. Po powrocie wypiliśmy szampana za odnowioną przyjaźń. I za nasz kontynent. Inny niż kiedy poznaliśmy się w 1991 roku. Mimo wszystko lepszy. 



(www)


(fot. J. Koch)


(fot. J. Koch)


(fot. IVC)



wtorek, 29 lipca 2014

Antwerpia (27)

Najpierw byli dość egzotyczni. Nie stąd ni zowąd wyrastali przede mną na chodniku, na ścieżce rowerowej, w oknie kamienicy naprzeciwko. Byli jak powrót do przeszłości, w której nie miałem - bo nie mogłem mieć - udziału. Ożywali niczym wskrzeszone z dawno minionego świata postaci. Zupełnie jakby wywiało ich z kart starych książek, gwałtownie wyrwanych i zamaszyście rozrzuconych po ulicach tego miasta. Ożywiali kolektywną pamięć mojego kraju. Ale zanim przyjąłem to zaproszenie do przeszłości, zadziwienie zaczęło przechodzić w przyzwyczajenie. Stali się elementem miejskiego krajobrazu. Wszystko się może opatrzyć. Nawet antwerpscy chasydzi. Nagle znów sobie uprzytomniłem, że są. W ostatnim tygodniu, w związku z sytuacją na Bliskim Wschodzie. Przypomina o tym czuła obecność policyjnych wozów, niepostrzeżenie sunących ulicą lub dyskretnie parkujących nieopodal głównej synagogi Machsike Hadass na Oostenstraat. Moja kamienica jest w tym samym ciągu budynków. Mam się czuć bezpieczniej? A może niebezpieczniej? Nie wiem. Wiem tylko, że synagoga mieści się pod dwoma numerami: 43 oraz 44. Dokładniej czterdzieści i cztery! 




(fot. J. Koch)

(fot. J. Koch)


(fot. J. Koch)

(fot. J. Koch)

(fot. J. Koch)