Lowanium (Leuven) nie leży daleko od Antwerpii, choć położone jest blisko Brukseli. Wybrałem się więc. Podróż była sentymentalna. I trudno by była inna. W Lowanium byłem na pierwszym zagranicznym stypendium w 1988 roku. Pieniądze były od Wspólnoty Flamandzkiej, a miejscem studiów (pisałem wtedy doktorat) Katolicki Uniwersytet Lowański. Mieszkałem na Minderbroedersstraat w Kolegium Justusa Lipsiusa. Potem jeszcze kilka razy mieszkałem tam. Pamiętam, że odwiedzałem tam lekarza z Krakowa Rafała Drwiłę, dziś profesora, oraz świeżo wyhabilitowanego Marka Safjana, późniejszego sędziego Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Sącząc belgijskie piwo dyskutowaliśmy głównie o Polsce - był rok 1991...
Antwerpia 2014, 2015, 2026
piątek, 27 lutego 2026
Sentymentalna podróż
poniedziałek, 23 lutego 2026
René Magritte
Rene Magritte przemawia do wyobraźni. Jego obrazy często zawierają puentę. Są jednak wieloznaczne. Wyrywają nas z koleiny oczekiwań i stereotypowej percepcji. Musiałem więc pójść na wystawę w Królewskim Muzeum Sztuk Pięknych w Antwerpii. Trwała już od listopada i miała się skończyć 22 lutego, a więc w czasie mojego pobytu.
Przypomniało mi się, że wiele lat temu byłem w Brukseli na przeglądowej wystawie jego dzieł. Czy to było w 2009, a może nawet w 1996 roku, nie pamiętam dokładnie. Wiele z dzieł Magritte'a sprzedano wtedy do USA i w Belgii było oburzenie, że ich surrealistę wyprzedaje się za granicę. Zorganizowano więc wielką wystawę, która podobnie jak tegoroczna zgromadziła jego obrazy z różnych, także zagranicznych galerii.
No to popatrzmy na kilka klasyków Margritte'owskich:
Robert (Bob) Elsen, który wówczas - chyba jednak było to w 2009 roku - zajmował się w ministerstwie kultury opieką nad Domem Tłumacza, wtedy jeszcze umiejscowionym w lowańskim beginażu, na moje pytanie jak zdobyć bilety, odparł: Zapomnij! Faktycznie bilety wyprzedały się na pniu, gdy tylko ogłoszono sprzedaż.
Potem jednak zadzwonił i powiedział, że ostatniego dnia wystawy pracownicy ministerstwa wejdą na nią na specjalny pokaz. Bob do mnie: przyjadę po ciebie, wejdziesz ze mną, mówisz po niderlandzku, nikt nic nie zauważy, M. wejdzie z tobą. I faktycznie. Chodziliśmy po tej wystawie, oglądaliśmy i nie mogliśmy się z M. napatrzeć. Połowa urzędników od kultury przeszła szybko, bo w ostatniej sali była przygotowana recepcja, takie party na stojąco z winem i jedzeniem. M. i ja byliśmy ostatni. Na każdy obraz, na każdą salę poświęcaliśmy dużo czasu. Za nami był już tylko... strażnik.
W tym roku z kolei ja spędziłem w Koninklijk Museum voor Schone Kunsten w sumie pięć godzin. Ale oczywiście najpierw udałem się na wystawę Magritte'a. Zaskoczyły mnie obrazy z wczesnej poszukiwawczej fazy jego twórczości, kiedy przemawiał do niego kubizm.
Potem zaczął się już krystalizować osobny, tak charakterystyczny style Magritte'a.
sobota, 21 lutego 2026
Genialna strucla
Moja mama zwykła o takich potrawach i smakach mówić w zachwycie „genialne”. Pisałem już o piekarni-cukierni Kleinblatta. Wczoraj jednak odkryłem Heimishe Gebak na Terlirststraat.
poniedziałek, 16 lutego 2026
Antwerpski Anioł Stróż
Jest mokro. Belgijska pogoda. Deszcz, przejaśnienie, deszcz, prześwitujące słońce. Deszcz. Co mi tam! Wybrałem się do muzeum. Na pieszo.
Po drodze widzę tu i ówdzie symbol Antwerpii. Takie A z promyczkami, a może to są skrzydełka? Mam taką torbę na zakupy w domu, kupiłem przed laty i teraz wziąłem ze sobą: czerwona z tym promieniejącym A. I przypomniało mi się, że kiedy jako dziecko chodziłem na katechezę, chyba niesłusznie wtedy i dziś nazywaną "religią", rysowaliśmy różne biblijne sytuacje i zamiast postaci rysowaliśmy litery. A więc M za Maryję, J za Józefa, a za Pana Jezusa P z X czyli chrystogram (wtedy nie widziałem, że to dwie greckie litery chi - x oraz rho - P, pierwsze litery słowa Chrystus), no i rysowaliśmy sporo aniołów, które miały kształt litery A ze skrzydełkami. Teraz widzę je w Antwerpii.
Pierwsze katechezy jako przedszkolak otrzymywałem od siostry Wenancji. I dałbym jej pierwsze miejsce na pudle w antwerpskim parku (może nawet przed panią Młodzianowska, moją nauczycielką w pierwszych klasach podstawówki?) Piszę "jako przedszkolak", bo nie mieli co ze mną zrobić w domu, to chodziłem już wcześniej ze starszym o dwa lata bratem do salki katechetycznej. (Tak, katecheza wtedy już nie była w szkole i jeszcze nie była w szkole...) Siostra zakonna kulała na jedną nogę i mimo grubszej podeszwy i podwyższonego obcasa, nie dało się ukryć, że jedną nogę miała krótszą. Siostra Wenancja robiła to jednak z dużym wdziękiem, a ja nigdy nie pomyślałem, że jest inwalidką, bo przy każdym kroku jej czarny habit lekko i kształtnie kołysał się wokół jej figury. Miała niesamowity, szczery, dobry uśmiech, choć gęste brwi, mocno zarysowane pod białą usztywnioną opaską na czole i czarnym welonem mogły sprawiać inne wrażenie. Ale nie na nas znających ją od dziecka. Należała do Sióstr Służebniczek NMP i dlatego miała przygotowanie do pracy z nami.
Wenancja - to imię pochodzi z łaciny venans i oznacza 'polujący'. Siostra na mnie nie polowała, choć życzyła mi, żebym został księdzem. Nie zostałem. Marek Dragun, mój kolega z klasy, również typowany przez Wenancję na duchownego, także nie został. Ale dostałem od siostry Wenancji książkę, którą pod latach na nowo odkryłem w swojej bibliotece: Smak winnic Twoich. Wybór liryki religijnej Zachodu, wydaną przez PAX w przekładzie Mikołaja Bieszczadowskiego jeszcze przed moim urodzeniem, bo w 1956 roku. Siostra wpisała mi też dedykację. Książkę mam do dziś. To antologia poezji belgijskiej, niemieckiej, francuskiej i hiszpańskiej. To w niej mając już kilkanaście lat czytałem po raz pierwszy wiersze Frederica Garcii Lorci czy Oscara Miłosza, a także kilku belgijskich poetów, m.in. Flamanda Raymonda Herremana. Więc może podarowując mi tę książkę z wierszami siostra Wenancja wytyczyła mi nie księżowską wprawdzie tylko poetycką i translatologiczną ścieżkę życia?
I tak rozmyślając o siostrze Wenancji, katechezie i lirykach belgijskich dotarłem do Królewskiego Muzeum Sztuk Pięknych, więc po tej dygresji jeszcze c.d.n.
sobota, 14 lutego 2026
Projekt zakończony
Wiele, bardzo wiele lat temu tłumaczyłem poetkę flamandzką, której wiersze mnie poruszyły. Była w nich jakaś egzystencjalna powaga i ekonomia, by nie powiedzieć oszczędność słowa, sformułowania wycyzelowane na zwyczajne, obrazy proste, a przez to przemawiające mocniej.
Potem dzięki staraniom Kłodzkiego Klubu Literackiego ukazał się tom wierszy Miriam Van hee Komunikacja miejska. Był rok 1992. Poetka przyjechała na prezentację książki do Kotliny Kłodzkiej. Bawiła też u nas w domu. To nie była pierwsza wizyta tej belgijskiej slawistki w Polsce, ale zapoczątkowała kolejne, bo potem jeszcze kilkakrotnie przyjeżdżała do Polski. Z wizyt w ostatnim okresie mogę wspomnieć zaproszenie na Festiwal Conrada w 2011 roku. Van hee brała też udział w 2012 roku w lubelskich spotkaniach "Czas poetów - poezja w czasie kryzysu". A ja zapraszałem ją na warsztaty translatorskie dla moich poznańskich studentów w 2015 roku i zorganizowałem wieczór autorski w klubie "Pod Pretekstem". I w tym samym roku opublikowałem szereg jej wierszy w "Pomostach. Dolnośląskim roczniku literackim" (t. 20)
Zaproszono nas oboje, poetkę i jej tłumacza, do przygotowania "Wierszy w metrze" w szóstej edycji tej miejskiej akcji w 2016 roku. W 2019 występowała na Poznaniu Poetów i wrocławskim Silesiusie. Czas mijał. Van hee nadal publikowała. Z dość dużą regularnością. Powstał więc pomysł na kolejny polski wybór jej wierszy. Projekt rodził się bólach. Byłem w antwerpskim Domu Tłumacza w 2014 roku właśnie w związku z tłumaczeniem tej poezji.

W końcu udało się i dzięki festiwalowi Europejski Poeta Wolności Miriam przyjechała do Gdańska i wzięła w nim udział, bo była nominowana do tej nagrody wraz z przełożonym przeze mnie tomem Utrata czasu. Wiersze z lat 1996-2020. Byliśmy oboje finalistami, ale nagrody nie dostaliśmy. Trudno. Nominacja to też nobilitacja. Dla mnie najważniejsze, a sądzę, że także dla Poetki, że w końcu ukazał się tom jej wierszy, obszerny, przekrojowy, pokazujący, co w tej twórczość stałe, a co zmienne. A oto przykład. Wiersz bez tytułu wydrukowany w kwietniu 2024 roku "Piśmie. Magazynie opinii".
wynająć coś nad morzem
by patrzeć na nieskończoność
na wodę, jak nadchodzi i odchodzi
jak dosięga, a potem znów odstępuje od
już prawie swojego, już prawie, jak w zabawie
i na spacerowiczów zmagających się
z wiatrem i ich bezgłośne nawoływania
by wrócić do domu, na wiatr
rzucać obietnice i pisać
listy, w rozpaczy, a może
w znużeniu, lecz z nadzieją
na odpowiedź, na zrozumienie
lub brak
pierwszy dzień wiosny
z placu dochodziły jeszcze kopnięcia piłki
przy otwartych oknach ktoś ćwiczył muzykę
coś południowego opanowało ulicę
drzwi uchylono
zanieśliśmy na pocztę listy
radośni i podnieceni jak dzieci wieczorem
na dzień przed szkolną wycieczką
a gdzieś tam wojska
znów ruszyły do akcji
chłopczyk w czerwonej koszulce
przyśniła mi się książka, w której utkwiła
grudka zaschniętej kluski, jeszcze z czasów
kiedy studiowałam, zjadłam ją i zaraz poczułam
że umrę, ale się obudziłam, tamtego poranka
wszystkie gazety pokazały zdjęcie
chłopczyka wyrzuconego na brzeg, leżał
z twarzą w piasku, a morze uczyniło gest
obmywając go do czysta, jego czerwoną
koszulkę i czarne włosy, on śnił, marzył
lecz umarł, ostrożnie go uniesiono
trud był zbędny, waga piórkowa

















































