piątek, 27 lutego 2026

Sentymentalna podróż

Lowanium (Leuven) nie leży daleko od Antwerpii, choć położone jest blisko Brukseli. Wybrałem się więc. Podróż była sentymentalna. I trudno by była inna. W Lowanium byłem na pierwszym zagranicznym stypendium w 1988 roku. Pieniądze były od Wspólnoty Flamandzkiej, a miejscem studiów (pisałem wtedy doktorat) Katolicki Uniwersytet Lowański. Mieszkałem na Minderbroedersstraat w Kolegium Justusa Lipsiusa. Potem jeszcze kilka razy mieszkałem tam. Pamiętam, że odwiedzałem tam lekarza z Krakowa Rafała Drwiłę, dziś profesora, oraz świeżo wyhabilitowanego Marka Safjana, późniejszego sędziego Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Sącząc belgijskie piwo dyskutowaliśmy głównie o Polsce - był rok 1991...


Dziś Minderbroedersstraat, ulica Braci Mniejszych, albo po prostu Franciszkańska, jest rozkopana. Miasto w ogóle się zmieniło. Powstały nowe budynki uczelniane, ale także komunalne oraz domy dla studentów. 



Budynki - jak na powyższym zdjęciu - stoją dziś tam, gdzie w 1988 roku parkowałem mojego Fiata 126, zwanego we Flandrii, jeszcze od swojego poprzednika Fiata Topolino, 'bolleke' (dosł. kapelusik). Holendrzy mówili na to autko 'rugzakje' (dosł. plecaczek). No, ale choć był mały i ciasny, to był własny i to właśnie ten mój samochodzik dowiózł mnie 1100 km przez granicę z NRD, RFN, Holandią i Belgią do Lowanium na dziewięciomiesięczne stypendium. Był wyładowany po brzegi. 

Na przejściu granicznym w Olszynie wojskowy zobaczył nazwisko w moim paszporcie i od razu kazał mi zjechać na bok. Zdumiałem się. A oni wybebeszyli wszystko, co tak starannie przed dwa dni pakowałem w plastikowych torbach do niewielkich rozmiarów bagażnika oraz układałem na tylnim siedzeniu niemal do wysokości oparć foteli. Nie wiem czy to skutek tego, że Jagoda Kraśniewska z Działu Współpracy z Zagranicą na Uniwersytecie Wrocławskim dała mi listy do wysłania w Belgii ("żeby szybciej doszły, Jurek, wyślesz, prawda?"), czy też fakt mojego wcześniejszego internowania, ale musiałem wszystkie manatki, torby, walizkę i całą drobnicę poukładać na nowo. Oczywiście niczego nie znaleźli, bo niczego ie było. A ja miałem tylko kłopot. Listy oddali. Nie wiem czy przeczytali. Ja wysłałem jak obiecałem. Już w Belgii.

Potem po trzech latach ponownie byłem w Lowanium na stypendium doktoranckim. Byliśmy całą rodziną. Starszy syn zaczął chodzić do przedszkola flamandzkiego, a potem do szkoły. Młodszy się tutaj urodził, zresztą dwa miesiące za wcześnie, ale opieka w szpitalu Gasthuisberg była doskonała. A w grudniu 1991 roku miała miejsce obrona mojej rozprawy o polskiej recepcji literatury niderlandzkiej, w szczególności utworów Multatulego (Eduarda Douwes Dekkera, 1820-1887). Miałem wspaniałych recenzentów: prof. Jaapa Oversteegena - wybitnego historyka i teoretyka literatury, prof. Hansa van den Berga - wydawcę dzieł zebranych Multatulego, oraz prof. Wojciecha Skalmowskiego - lowańskiego orientalistę i slawistę. 




A my mieszkaliśmy przez rok w beginażu (Groot Begijnhof). 
W domu o numerze 38 nad rzeczką Dijle. 






Dijle, w beginażu otwarta, w dalszej części miasta częściowo zakryta. 



Plac zwany hiszpańską kwaterą z „ukrzyżowanymi” drzewami, jak mówiła nieodżałowana Zofia Klimaj-Goczoł, lowańska polonistka. 




Uliczki tego „miasta w mieście” nie tracą uroku. Tylko dzisiejsi turyści są coraz bardziej natrętni, więc wiele ogródków i bramek, dawniej otwartych, dziś pozamykano. 




Sacrum zawsze w parze z profanum, więc także na drzwiach kościoła w beginażu.




W głównym budynku KU Leuven, tam gdzie rektorat i aula, jest też kawiarnia i sklep z uczelnianymi gadżetami. 




Sala, w której po mojej obronie było przyjęcie na stojąco, dziś trochę się zmieniła, ale jest nadal do poznania. 





Na koniec kupiłem sobie bluzę. Na pamiątkę. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz