Moja mama zwykła o takich potrawach i smakach mówić w zachwycie „genialne”. Pisałem już o piekarni-cukierni Kleinblatta. Wczoraj jednak odkryłem Heimishe Gebak na Terlirststraat.
Byłem w archiwum literackim Letterenhuis i wracałem ze śródmieścia Antwerpii do domu inną trasą niż zazwyczaj. Dzięki temu wszedłem w inną część zamieszkałej przez ortodoksyjnych żydów dzielnicy. Przed wystawą stało kilka osób, jakaś Flamandka coś komuś tłumaczyła, chyba gościom, może z Holandii, a ja kątem oka zobaczyłem strudel z jabłkami. Od razu się do mnie uśmiechnął. Odpowiedziałem uśmiechem, bo spodobał tymi się ten wypiek. Tak na oko i od pierwszego wejrzenia.
Słuchajcie: genialne, albo niebo w gębie! No czegoś takiego to ja nawet w Wiedniu nie jadłem. Wszystko jak należy, ciasto, wypełnienie, jabłka i fragmenty masy jakby z lekkim aromatem migdałowym. No i zrobiłem sobie w domu ucztę, kawa, strudel, fotel.
No, kochani, chała to nie była! Na pewno nie! Świetnie wypieczona chałka. Antwerpska. Lekko posypana sezamem. Z masłem - genialna, jak powiedziałaby moja mama, która na Wielkanoc, ale tylko na Wielkanoc, zwykła jadać babkę drożdżową z wędliną. Cóż...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz