Orzeł wylądował. Chyba jakoś tak. Na razie na frontonie jednej z kamienic na mojej ulicy.
Ładny jest, kiedy go oświetla zimowe słońce. Napawa nadzieją, choć to nie łabędź... Ale przedwczoraj była typowa belgijska pogoda, którą my określamy mianem "słota": deszcz, choć niewielki, wiatr, niebo zasięgnięte chmurami, hydra chandry. A dziś? Proszę bardzo!
Poszedłem więc do piekarni-cukierni Kleinblatta. Dla mnie kultowej. Ale znajomi z Literatuur Vlaanderen też znają słynne wypieki. Yannickna przykład rozpływał się nad sernikiem. Dla mnie natomiast zawsze był najważniejszy jabłecznik. A może szarlotka?
Nie ma jabłecznika i nie ma szarlotki...
Ekspedientka, chyba ta sama, co przed wielu laty, podtleniona blondynka, mówiąca po niderlandzku z dość przyciężkawym akcentem, pyta szefa.
Nie, szef do mnie, że nie, nie będzie już, sezon się już skończył, pod koniec tygodnia będzie strudel.
Biorę więc jakąś bułeczkę. Do kawy. I na dobry początek pobytu. Choć pamiętam ucztę sprzed lat - Kleinblatt!










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz